GFNY Gdynia 2018

Takie było moje Grand Fondo Gdynia 2018!

Zaczęło się w czwartek od wyjazdu do Kluszkowców (koło Zakopanego) na Festiwal JoyRide. Tam w piątek i sobotni ranek trochę napsociłem, żeby chwilę po południu wyruszyć na północ. Godzina drogi i jestem! ;)
IMG_0724

A serio. Trasa do pokonania bez mała przez całą Polskę. Już po dwunastu godzinach i kombinacji auto-PKS-PKP dotarłem do Gdyni. Powiem Wam, że dopłata 20 ziko do pierwszej klasy to niezła opcja, jeśli czeka Was 8h w pociągu, 5h snu i spory wyścig do zrobienia ze startem o nieludzkiej ósmej rano :)
 
Szczęśliwie PKS w Nowym Targu ma fajny dworzec z dobrym jedzeniem, w Krakowie do pociągu było aż 10 minut, to znowu upolowałem coś do jedzenia, a potem już tylko spacer z PKP Gdynia Główna na Skwer Kościuszki, gdzie czekało na mnie wyro.
Od razu powiem, że te wszystkie moje dzikie eskapady możecie na bieżąco śledzić na moich Instastorires
IMG_0781 IMG_0784

Na miejscu, już w Gdyni czekała na mnie moja ekipa, zostałem przygarnięty do kampera zaparkowanego prawie w biurze zawodów - cenię sobie optymalizację czasowo-kosztową i minimum formalności :)
 
Wtrącę tylko, że w ogóle lubię zamki, porty i morze. A dzięki triathlonom bywam w Gdyni co roku od lat. I mam wiele ciepłych uczuć dla tego miasta, a dla Skweru Kościuszki w szczególności.

Ale do rzeczy. 
Spanie w kamperze nie jest może superkomfortowe, ale jest szybkie, tanie i w fajnej atmosferze - oczywiście wiele zależy od właściciela kampera - tu nie mam ani cienia zarzutu - DZIĘKI, Aga! 
Kąpanie się w prysznicu w kamperze… no cóż, cieszę się, że schudłem ;)
Jedna podpowiedź dla Was - planując wyjazd w opcji kamper, załóżcie margines czasu, bo w ciasnym wnętrzu wszystko idzie trochę wolniej.
Albo to ja za krótko spałem... NIEWAŻNE! 

Wiem jedno: Na dworcu bym tak nie miał:
33692026_10209154967111636_601300579695722496_n
I co. Mamy niedzielę;)

Budzę się o 6.00 (a właściwie o 5.30, bo koleżanka spać nie lubi ;) i ta pobudka kończy się klasycznie. Mianowicie dosypianiem do 6.30 bo przecież blisko mam :P
 
Śniadanie (dwie porcje makaronu załatwione przez naszą Ministrę Kolarstwa) zjadłem na kolację, więc przed wyścigiem weszła tylko słodka buła i batonik. W kieszenie zapakowałem na trrasę trzy żele Agisko i drugi batonik (wszystko zżarłem na tych 136km). 
Pod względem żywnościowym przygotowałem się zatem w swoim stylu ;)


IMG_0814
 
Plusem rozwiązania ze spaniem do oporu, jest brak czasu na spalarę* przed startem. Szczególnie, że o sprzęt (w Gdyni, w biurze zawodów, czekała na mnie moja taczka BH G7, wcześniej w górach, w "Kluszkach" latałem starym poczciwym Rockym) zadbał nasz człowiek do misji specjalnych i zarazem niemożliwych - Michał. W ogóle zresztą Michał to jest prze-gość, jednoosobowo ogarnął nasze firmowe stoisko expo na imprezie: był jednocześnie mechanikiem, sprzedawcą, fitterem i ogarniaczem pakietu dla mnie;).
W sobotę niechcący został gwiazdą, ogarniając mnóstwo serwisów, robiąc jedną ręką trzy naprawy i jednocześnie sprzedając wyścigowe "przydasie". Aż go organizator imiennie pochwalił :)

I podejrzewam, że jeszcze dał radę porozdawać startującym pakiety, po czym posprzątał biuro zawodów - w tle widać, że jest posprzątane! ;)

IMG_0825
 
No, to krótkim spacerze i przebiórce w ciuchy kolarskie, znalazłem się w końcu w peletonie na starcie. Wraz z Ministrą na luzie zdążyliśmy. Wyjątkowo postanowiłem zabrać na trasę telefon, tak na wszelki wypadek. To efekt traumy z wyścigu Cyklo Gdynia sprzed dwóch lat, gdzie wystartowałem bez formy, bez dyspozycji i w deszczu i jeszcze bez telefonu. Dobrze pamiętam, że to nie był mądry pomysł wtedy…
 
Tym razem na szczęście zabieranie telefonu okazało się szczęśliwie zbędne. Przydatność komórki niech najlepiej zobrazuje Wam widok... telefonu jednego z zawodników wyprzedzającego nas na zjeździe. Tak... Dobrze zrozumieliście: wyprzedził nas... telefon, który wysunął się kolarzowi z koszulki. To potwierdza moją opinię, że jednak lepiej nie brać telefonu na trasę. 
 
Ale skoro już go jednak wziąłem, to nie odmówiłem sobie strzelenia selfiacza przed startem :) Oto on:
33889424_2014291368824952_2871639460800364544_o
Ministra, ja i właścicielka kampera - dokładnie w tej kolejności ;)
W tle jacyś przypadkowi ludzie, nie wiedzieć, czemu ubrani jak my ;)

Po odrobieniu pańszczyzny w soszjalach, jeszcze w sektorze, ustalaliśmy z Ewką, co i jak, wydałem trochę służbowych dyspozycji, że "ostrożnie na starcie, nie daj się zepchnąć, ja jadę swoje, jak coś nie pójdzie, czekam na Ciebie i kończymy razem." iiiiiii poszliśmy!
Ruszyliśmy punktualnie. I bez obsuwy. To lubię! :)
Wystartowałem z czwartego czy piątego szeregu, tęsknie patrząc na pierwszy, bezpieczny rząd pełen znanych i jednocześnie znajomych kolarzy.
33870855_2014289182158504_2722320885485666304_o

Szczęśliwie, jak to zwykle ze mną bywa - doświadczenie się przydaje ;) - szybkie wpięcie w pedały na starcie, pierwsze dwa zakręty i chwilę później byłem na swoim miejscu, czyli z przodu. Tam gdzie lubię. W ogóle dobrze jest jechać z przodu**
 
Wyjazd z miasta był dość karkołomy. Miejscami trasą był jeden pas, wydzielony dla kolarzy z szerszej ulicy, wzbogacony klasycznie studzienkami typu „jak na mnie trafisz to już tu zostaniesz na zawsze, a potem Michał z AirBike będzie prostował ci koło”. Ot kolarska codzienność. Na to jednak organizator ma wpływ średni, zmierzający ku żaden ;)

To, na co ma wpływ, było ogarnięte wzorowo. Trzeba przyznać, że trasa była super zabezpieczona, ulice pozamykane barierami, przed peletonem jechał ogarnięty pilot. Lata organizacji triathlonów dały duże doświadczenie firmie Sportevolution.

Dość szybko wyjechaliśmy za miasto. Zrobiło się przyjemnie, ładnie, szeroko i dziurawo… niemiłosiernie :/  

33923889_1616190031831070_3203301607106150400_o

Planując start, weźcie to pod uwagę. Gumy najlepiej 25 lub 28C i ciśnienie z tych wyższych. No i porządne spakowanie/zamocowanie waszego wyposażenia. W którymś momencie minął mnie na przykład bidon z koszykiem lub cały box z zapasem, który nie wytrzymał próby wstrząsowej.

No dobra ;)
Kolejny ważny aspekt każdej większej pętli wokół Gdyni to podjazdy. Niby to nie góry, ale pod górę jest sporo (jak dla mnie to w sumie ciągle pod górę, jak to w życiu:)). Już na 10-tym kilometrze, gdzieś koło miejscowości Luzino, zobaczyłem na swoim Polarze 179bpm (na 182 dostępne…).
Przez chwilę pomyślałem sobie, że ta biedna Ewka tam gdzieś z tyłu, taka sama, może by "poczekać"?
Ale za chwilę ten anielski głosik został zduszony krótkim diabelskim, żołnierskim, królorowerowym „zapi….j  ku…a !!!”. Co też zrobiłem, bo ważne, żeby być w zgodzie ze swoim sumieniem :)))
Coż było robić, przycisnąłem, dojechałem do koła przede mną i gnałem z resztą do przodu. Co chwilę ktoś próbował odjechać. Także nie było chwili spokoju.
33688205_2013819015538854_7336597731265216512_o

W programie było ściganie z Zenonem Jaskułą. Nie powiem, miałem plan przejechać wyścig z nim ramię w ramię. Pamiętam jak w 97’ odwiedził nas w Warszawskim Towarzystwie Cyklistów - dla mnie, wtedy dzieciaka, był niemal istotą z kosmosu. Zwycięzca etapu Tour de France... Sztos!
No ale z braku dyspozycji, zastąpił go młodszy kolega, Piotr Wadecki. 
33662356_2014290405491715_995422541306658816_o

I szybko dał nam odczuć, że siedzi w zawodowym kolarstwie. Parę razy nas porządnie naciągnął, do spółki z prezesem jednej z najbardziej „kolarskiej” firmy w Polsce ActiveJet - Piotrem Bilińskim.
Obydwaj mieli w czołówce po kilku swoich zawodników, gaz szedł więc jak trzeba. Dość szybko odjechaliśmy grupie w 10-12 osób. Ktoś jeszcze odskoczył do przodu, i - jako, że nieźle wiało - chłopaki zarządzili podwójny wachlarz*** Pomysł niezły, owszem. Tylko nie wzięli pod uwagę tego, że w czołówce będzie paru młodych koni z naprawdę mocną nogą (szacun za wykonaną na treningach robotę!) za to zupełnie bez kolarskiego doświadczenia.
W sumie dobrze dla mnie. Bo mocny podwójny wykończyłby mnie w moment. A tak, nawet na rancie**** zawsze gdzieś się tam przytulę, dając zmiany na miarę moich możliwości, a nie w trupa*****
33653444_2013820638872025_3005529276637249536_o
 
No i moja spinningowa forma musiała w końcu się poddać… Dokładnie jedna większa hopka przed Nową Hutą i noga powiedziała mi „dość!”. Już na początku podjazdu wiedziałem, że na szczycie będę za czołówką. Tak też się stało. Namacalnie wręcz czułem, jak odpuszcza głowa, a sekundę po niej nogi. Chwila zawahania i decyzja „cisnę dalej!”. Na szczycie faktycznie miałem 20-30 metrów straty, niby niedużo, ale nogi jak kołki. Przede mną jeszcze trzech chłopaków odpadło. Jednego doszedłem w moment, potem w dwóch po chwili doszliśmy następnych dwóch.
Wiadomo, nie dogonimy czoła, ale trzeba mozolnie minimalizować straty. Niestety okazało się, że chłopaki podjechani są podobnie jak ja. A dodatkowo zupełnie nie kumają, co mamy robić dalej. Próbujemy zmontować wachlarz i jechać po zmianach. Pada pytanie, czy dojdziemy czołówkę. Serio tylko ja wiem, że nie? :)
Ale trzeba przyznać, że chłopaki chcą. Nie słuchają, dają za mocne zmiany i po chwili nie ma już jednego. Zniknął, jakby pożarł go rekin. Ale skąd rekin tak daleko od morza ;)?
Drugi też wychodzi na zmiany za szybko i za mocno. Kara za to musi być. Nie czekam długo. Po chwili nie ma i jego. Został mi jeden. Już wcześniej go widziałem. Dużo siły, marna technika jazdy, za miękkie przełożenie. Ale siły dużo. Przyda się :) Krótkie szkolenie, jak mamy jechać, że kto hamuje ten przegrywa i takie tam pierdoły ;) Mam nadzieję, że nie ma mi za złe dość obcesowego przyśpieszonego kursu kolarstwa.
33715417_2013820618872027_7819082619152236544_o

Pracujemy wspólnie, równo. Raz, że to nawet miłe. Fajnie jest robić coś razem, a nie samemu sobie. A dwa, że współpracując, trzymamy całkiem przyzwoite tempo pod 35 km/h. Samotnie przelatujemy w ten sposób ze 20 kaemów. Idzie wolniej, pod górę ciężko, ale przynajmniej równym rytmem.
W którymś momencie mijamy "Wadka". Na co on czeka? - myślę. Potem dowiaduję się, że złapał gumę, zmienił i wspomagany przez kolegów doszedł grupę!
33822786_1616189875164419_611894352754507776_o 2

Dochodzi nas motor pilota, a chwilę potem główna grupa z pomarańczową szpicą CCC. Szybki skok na koło i dalej już jedziemy w pociągu. Moim zdaniem zaproszenie zawodowców na tę imprezę to strzał w dziesiątkę. Wyrównali tempo jazdy (w górę co prawda, ale wyrównali ;)) i uformowali w miarę normalny peleton. Bardzo podniosło to bezpieczeństwo jazdy całej grupy. W połączeniu ze świetnym zabezpieczeniem trasy dało to wyścig na kilkaset osób, chyba bez żadnego poważniejszego wypadku (o ile w ogóle ktoś leżał).
A tydzień wcześniej w Warszawie kilka razy latały rowery i kolarze… :/
Końcowe kilometry w głównej grupie mijają błyskawicznie. Pare zdań kolarskich plotek (dużo się nie pogada, bo to jednak wyścig, wieje i co tu kryć, nie ma siły na gadanie) i wpadamy do miasta.
Powrót do miasta odbył się znanym nam już ze startu wydzielonym jednym pasem ruchu. Na szczęście przed nami jest odjazd i „wyścig poszedł”******, chłopaki z „cycków” trzymają słuszne tempo i dzięki temu nikt nie próbuje zginąć w zamian za jedno miejsce wyżej ;)
Wpadamy na ostatnie metry. Kto ma siłę przechodzi po bruku o pare miejsc i META. Kurczę, ale było fajnie!!
33869765_2014286595492096_4834146443683954688_o

Na mecie, wzorem triathlonów, każdy dostaje medal. Niby niezasłużony, ale po wygrawerowaniu od razu nazwiska i czasu, dla mnie stanowi fajną pamiątkę.
Na gorąco podziękowania za wspólną jazdę, dyskusje o trasie, uśmiechy, fotki z przyjaciółmi i zawodowcami.
To był naprawdę udany kolarski dzień!!
IMG_0848
 
Najlepszym podsumowaniem niech będą słowa jednego z dyrektorów grupy zawodowej: „Idealne zabezpieczenie trasy, świetne bufety, to obecnie najlepiej zorganizowany amatorski wyścig w Polsce”.
Myślę, że może mieć racje :)
Podziękowania przede wszystkim dla mojej ekipy - jesteście najlepsi na świecie! Tylko dzięki Wam udało mi się teleportować z gór 750 km do Gdyni, chwilę przespać w czekającym łóżku i w 15 min ogarnąć się na start z przygotowanym całym sprzętem. Dzięki: Magda, Ewa, Agnieszka, no i Michał!!! 

Gratulacje dla organizatorów - zrobiliście superwyścig, zadbaliście o megazabezpieczenie trasy na każdym odcinku, to wszystko zaowocowało fantastyczną atmosferą, no daję grubą okejkę!
P.S. Koszulka lepsza materiałowo od tej rozdawanej w samplach, ładna taka, z polską flagą :)
 
Na koniec podziękowania dla wszystkich startujących, to był fajny dzień! I oczywiście dla kibiców przy trasie i na ulicach. Co złego to nie my ;)
Do zobaczenia za rok!
 
P.S. W myśl zasady, że "Polska mistrzem Polski" dla mnie mój wynik jest w górnych strefach moich oczekiwań :) Czyli zadowolony z siebie jestem bardzo ;)
Takiego smsa z pomiaru czasu dostałem:
POL  PYTEL Mikolaj (104) AirBike Team 1981 - Open 16mce - M18 - 13mce - 03:39:33 - AVG 36.7 km/h

Wrzuciłbym zapis z Polara... ale w połowie się GPS wyłączył, bo mie się go nie chciało naładować ;) Nie miałem czasu. Trzeba było jeść makaron.

Na koniec słownik pojęć ;)
 
*Spalara - niepotrzebne emocje i napinka przed startem. Niczemu to nie pomaga, a tylko zaczynamy nerwowo wykonywać różne niepotrzebne czynności. Warto się spróbować wyciszyć i niepotrzebnie się nie spalać
**Jechać z przodu - jeżeli jesteś w formie, chcesz powalczyć o wynik i widzisz na to szanse, to warto jechać z przodu. Najlepiej około 15-25 pozycji. Dzięki temu maleje ryzyko kraksy lub powstania dziury między zawodnikami przed Wami i w rezultacie odpadnięcia z głównej grupy.
*** Podwójny wachlarz - jazda krótkimy zmianami, w formacji gdzie kolarze krążą w dwóch rzędach po elipsie
**** Rant - jazda wzdłuż zawietrznej krawędzi drogi przy mocnym bocznym wietrze. Kolarze jadą jeden za drugim, bardzo mało osłaniając kolejnych za sobą przed wiatrem.
***** W trupa - cóż… to chyba jasne. Jazda bardzo mocno, powyżej możliwości. Szybko kończy się ona skrajnym zmęczeniem i znacznym zmniejszeniem szybkości jazdy.
****** „Wyścig poszedł” - z głównej grupy do przodu poszedł odjazd. Na tyle mocna grupa lub zawodni, że z założenia dojedzie na solo do mety.